wtorek, 23 lutego 2016

Izrael 2016

Izrael 28-31 stycznia 2016, czyli podróż do innej rzeczywistości po 3,5 godzinnym locie z Katowic.

Tel Aviv
Już jakiś czas temu Izrael zaczął nas interesować (a w zasadzie od momentu stworzenia połączenia z Katowic do Tel-Avivu przez Wizzair) i jak tylko pojawiły się dobre ceny biletów (130 zł w dwie strony), to długo się nie zastanawialiśmy. Kupiliśmy 4 i razem z rodzicami Wojtka udaliśmy się w podróż do ‘Ziemi Świętej’. Towarzyszyła nam wielka ciekawość i jednocześnie lęk o nasze bezpieczeństwo (w styczniu 2016 było kilka zamachów nożowników w Izraelu, m.in. w Jerozolimie).

Dzień 1, 28 stycznia 2016, Tel-Aviv, Jaffa
O 15:45 mieliśmy lot z Katowic do Tel-Avivu, tam ok. 21:00 czasu lokalnego wylądowaliśmy. Po przeczytaniu różnych blogów liczyliśmy się z tym, że już na wstępie będą nas przepytywać na lotnisku. Zastanawialiśmy się też, jak zareagują na nasze pieczątki z krajów muzułmańskich (m.in. ZEA i Oman). Okazało się, że cała kontrola paszportowa przeszła bezboleśnie, jedyne pytanie, które padło, to gdzie chcemy pojechać, czyli tak naprawdę standard jak na każdym lotnisku poza Europą. Oczywiście przyznaliśmy się tylko do Tel-Avivu i Jerozolimy, a o Autonomii Palestyńskiej, którą też mieliśmy w planie odwiedzić, nie wspomnieliśmy.
Sprawnie poszło też odebranie samochodu z wypożyczalni Eldan. Tym razem wybraliśmy lokalną wypożyczalnię, która była tańsza niż wypożyczalnie firm międzynarodowych. Zawsze to jakieś ryzyko, jednak stwierdziliśmy, że spróbujemy. Warto wiedzieć, że w Izraelu jeśli wypożycza się samochód na lotnisku to obowiązuje dodatkowa opłata lotniskowa (ok 28$), Eldan miał tę kwotę wliczoną w cenę. Z tego co się orientuję, to inne wypożyczalnie nie wliczają tej opłaty z góry i czasami można się zdziwić na lotnisku dodatkową opłatą. Tym razem do dyspozycji dostaliśmy Nissana Micrę z automatyczną skrzynią biegów! 
I tak ok. 22:00 znaleźliśmy się w Tel-Avivie w mieszkaniu, które wynajęliśmy tradycyjnie przez bookinga. Ponieważ jest poza sezonem cena zarówno w Tel-Avivie, jak i potem w Jerozolimie była bardzo dobra, patrząc na standard i lokalizację. Mieliśmy do dyspozycji bardzo duży apartament z dwiema sypialniami, salonem, kuchnią i ogromnym tarasem z widokiem na morze. Kolejnym wielkim atutem tego mieszkania był darmowy parking, który nie jest łatwo znaleźć w Tel Avivie. Tego wieczoru przeszliśmy się jeszcze po starej Jaffie, jednym z najstarszych miejsc i portów na Bliskim Wschodzie, a która jest teraz wchłonięta przez Tel Aviv.

Dzień 2, 29 stycznia 2016, Tel-Aviv - Jerozolima (Yad Vashem)
Yad Vashem

Od razu po przebudzeniu poszliśmy na krótki poranny spacer plażą. Wystarczyło przejść przez drogę i byliśmy na plaży. Słoneczko pięknie świeciło i temperatura też była bardzo przyjemna.
Z racji napiętego grafiku trzeba było jednak wracać, żeby przygotować śniadanie. Od razu potem ruszyliśmy na piesze zwiedzanie Tel-Avivu. Zaczęliśmy od dużego targowiska Ha-Karmel, które było pełne zapachów, dźwięków i kolorów. Oczywiście prym na targowisku wiedli Arabowie, którzy przekrzykiwali się ze swoimi ofertami sprzedaży. Kupiliśmy kilka ciekawych produktów, m.in. pyszne owoce granatu, świeżutkie śledzie czy dojrzałe mandarynki. Następnie udaliśmy się w kierunku dzielnic z typową zabudową w stylu Bauhaus, który został rozpropagowany przez liczną emigrację niemieckich Żydów w latach 30 XX wieku, a jako najbardziej charakterystyczne uchodzą ulice Engel St i HaMagid St, które odchodzą od bulwaru Rotschilda, jednej z głównych arterii miasta. Potraktowaliśmy to jako ciekawostkę, nie jesteśmy wielkimi pasjonatami architektury. Następnie bulwarami Rotschilda udaliśmy się w kierunku dzielnicy Newe Cedek i w kierunku morza, aby wrócić do samochodu. Na koniec pobytu w Tel Avivie zrobiliśmy większe zakupy spożywcze na kolejne dni i ok. 14 wyjechaliśmy w kierunku Jerozolimy.
Bazylika Grobu Pańskiego
Ok. 17:00 dotarliśmy do Yad Vashem, czyli  Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu, w czwartek wyjątkowo otwarte było do 20:00, co nam bardzo odpowiadało. Przeszliśmy przez Ogród Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, gdzie znajdują się drzewka i tablice upamiętniające nie-Żydów, którzy uratowali Żydów. Udało nam się znaleźć na jednej z tablic nazwisko siostry przyjaciela dziadka, która uratowała swojego przyszłego męża, gdy byli transportowani z obozu w Auschwitz. Odwiedziliśmy też nowoczesne i interesujące Muzeum Historyczne, gdzie są przedstawione dzieje Żydów z całego świata. Jadąc do Jerozolimy jest to miejsce, które warto, a może i trzeba odwiedzić. Wstęp jest wolny, za parking trzeba zapłacić (28 NIS), nas jednak wpuszczono na parking dla pracowników i nie musieliśmy nic płacić.
Wieczorem przyjechaliśmy do naszego nowego lokum w Jerozolimie, którym było mieszkanie w nowoczesnej dzielnicy przy ulicy Yafo St, 10 minut spacerkiem od murów Starego Miasta. Cena za standard i lokalizację była tak dobra, że aż podejrzana. Była o ponad 50% niższa niż w sezonie. Jak się dowiedzieliśmy obniżka była  spowodowana niskim sezonem, ale również tym, że mniej ludzi obecnie przyjeżdża do Izraela po ostatnich aktach przemocy i terroryzmu. W Jerozolimie nie mieliśmy już darmowego parkingu i trzeba było kombinować. Po przeszukaniu wielu forów ustaliłem, że najtaniej (i najbezpieczniej) będzie zostawić samochód na parkingu przy centrum handlowym Mamilla. Cena wyniosła 48 NIS za dobę, co jest atrakcyjną ceną jak na Izraelskie warunki.

Dzień 3, 29 stycznia 2016, Jerozolima

Ściana Płaczu
Po przeczytaniu wielu blogów i obejrzeniu relacji Cejrowskiego uznaliśmy, że trzeba wstać bardzo wcześnie, żeby w Bazylice Grobu Pańskiego znaleźć chwilę spokoju na modlitwę i kontemplację. Nie chcieliśmy stać w kolejce lub przepychać się przez tłumy.
Tak więc już ok. 6 rano w piątek byliśmy w Bazylice Grobu Pańskiego. Udało się. Oprócz nas było kilka osób, a dopiero po jakimś czasie pojawiła się pielgrzymka z Polski. Ostatecznie tłumów nie było. Zastanawialiśmy się, czy coś jest nie tak. Franciszkanin z Ghany powiedział nam, że normalnie o tej porze roku jest dużo więcej turystów, jednak ze względu na ostatnie akty przemocy dużo mniej ludzi przyjeżdża.
Nie ukrywam, że trochę nas to przestraszyło, bo może nie mieliśmy tu przyjeżdżać, kto wie, co nas tu spotka… Oczywiście, przyjeżdżając w to miejsce mieliśmy pełną świadomość ostatnich wydarzeń i w ogóle całej historii konfliktu izraelsko-palestyńskiego, który cały czas trwa.
Góra Oliwna
Wracając do Bazyliki: mieliśmy czas na włóczenie się po niej oraz spokój i przestrzeń na modlitwę. Dla nas oczywiście najważniejsze miejsca to Golgota, Skała namaszczenia i Grób Pański. W Bazylice panowała atmosfera tajemniczości i niestety ogólnego zaniedbania. Tak, jak to wiele osób opisywało widzieliśmy na własne oczy, jak wiele miejsc i przedmiotów jest zaniedbanych i brudnych. Nie ma jednego gospodarza (prawosławni, rzymscy-katolicy i ormianie nie potrafią przez wieki się porozumieć w wielu podstawowych kwestiach), który by był od początku do końca za dane miejsce odpowiedzialny. Jest to bardzo dziwne uczucie, jak jest się w tak ważnym religijnie miejscu i ma się wrażenie, że to nie jest nic tak naprawdę ważnego/świętego/wyjątkowego skoro tak się te przedmioty lub miejsca traktuje.
Po Bazylice udaliśmy się do dzielnicy Ormiańskiej, gdzie chcieliśmy odwiedzić katedrę św. Jakuba, jednak ze względu na remont wstęp był zamknięty. Udaliśmy się następnie w stronę jednej z bram – Bramy Syjońskiej (Zion Gate), która prowadzi wprost na Górę Synaj, gdzie znajduje się kilka ważnych miejsc wartych odwiedzenia: Wieczernik, grób króla Dawida, kościół zaśnięcia Najświętszej Marii Panny, kościół św. Piotra ‘in Gallicantu’ (wstęp płatny 9 NIS). Wszystkie wymienione miejsca mieliśmy praktycznie na wyłączność, oprócz pojedynczych turystów przez większość czasu byliśmy sami. Było to coś, czego na pewno się nie spodziewaliśmy w Jerozolimie. Po tym etapie Bramą Gnojną (Dung Gate) weszliśmy do dzielnicy Żydowskiej, wprost pod Mur Zachodni, czyli Ścianę Płaczu.  Aby wejść w ten rejon trzeba przejść szczegółową kontrolę bezpieczeństwa, w zasadzie niczym nieróżniącą się od kontroli na lotnisku. Jest to miejsce wyjątkowe i najświętsze dla wszystkich Żydów. Ściana jest tak naprawdę murem oporowym wysokim na ok 15m, i jest jedyną pozostałością po II Świątyni, która została zburzona przez Rzymian. Pod ścianą obowiązują zasady - na lewo modlą się mężczyźni na prawo kobiety. Mężczyźni mogą przejść do kobiet, jednak w drugą stronę nie jest to możliwe.
Mur oddzielający Izrael od Autonomii Palestyńskiej
Miejsce to bardzo ciekawie pokazuje charakter Jerozolimy – patrząc z pewnej odległości na Ścianę Płaczu można zobaczyć rozmodlonych Żydów, a powyżej ich głów na Wzgórzu Świątynnym kopuły Meczetu Al Aksa oraz złotej Kopuły na Skale, czyli jednego z najważniejszych miejsc dla Muzułmanów (trzecie co do ważności po Mekce i Medynie). Można powiedzieć, że dwie znienawidzone religie mają swoje miejsca kultu w zasadzie jedno przy drugim. Jest to na pewno jedno z miejsc ‘must see’ w stolicy Izraela.
Po spędzeniu kilku chwil wśród ortodoksyjnych, pobożnych, ale i nowoczesnych (selfie przy Ścianie Płaczu) Żydów skierowaliśmy się w stronę dzielnicy Muzułmańskiej. Szliśmy wśród straganów i sklepików, które ciągnęły się w nieskończoność wąskimi uliczkami, które wypełnione były ludźmi różnej narodowości i religii. Na Wzgórze Świątynne, a więc już przestrzeń muzułmańską Jerozolimy w tym dniu nie wpuszczano, bo była to ‘niedziela’ muzułmanów (czyli nasz piątek) i szybko zorientowaliśmy, że wkrótce ich uroczystość w meczecie na wzgórzu się rozpocznie, ponieważ nagle ukazało nam się morze ludzi, którzy szli, szli i szli w kierunku wzgórza ze swoimi dywanikami. Jakoś przedarliśmy się przez tłum z odrobiną dyskomfortu. Dotarliśmy w końcu do Bramy Szczepana/Lwa (występują obie nazwy i nie wiem czy jest tylko jedna prawidłowa) i przeszliśmy przez nią, nadal przeciskając się przez tłumy Muzułmanów w kierunku Góry Oliwnej. Naszym pierwszym przystankiem było Getsemani, czyli Ogród Oliwny, których na tym wzgórzu znajduje się wiele (zresztą od nich wzięła się nazwa góry). Szacuje się, że drzewka oliwne znajdujące się w tym ogródku mogą mieć po 2 tys. lat, więc nie wykluczone, że wśród nich przebywał Chrystus. Obok znajduje się bardzo ciekawy Kościół Wszystkich Narodów, z bardzo ładną mozaikową fasadą. Następnie udaliśmy się w górę, skręcając w wąską uliczkę tuż za Getsemani. Wspinaliśmy się na Górę Oliwną, po drodze mijając  cerkiew prawosławną św. Marii Magdaleny oraz kościół ‘Dominus Flevi’ (Pan Zapłakał). Do cerkwi udało nam się wejść dzięki rosyjskiemu i przebojowości mamy Wojtka, która wyprosiła, żebyśmy mogli wejść i pooglądać tę charakterystyczną cerkiew (tego dnia cerkiew była zamknięta). Zatrzymaliśmy się również przy cmentarzu żydowskim, który jest bardzo rozległy i nawet z daleka widać kamienne płyty żydowskich grobów. Żydzi bardzo chętnie grzebią swoich zmarłych na górze oliwnej, bo wierzą, że jak przyjdzie mesjasz to będzie wchodził do raju przez Złotą Bramę, która znajduje się dokładnie naprzeciwko Góry Oliwnej, a która została zamurowana przez muzułmanów. Dlatego pochowani chcą być jak najbliżej tej bramy.
Na samej górze znajduje się kolejny kościół Pater Noster, a widok z góry na stare miasto Jerozolimy jest przepiękny (jest tam taras widokowy). Tam zdarzyła nam się jedyna nieprzyjemna sytuacja, która gdyby nie Wojtka czujność, mogłaby się dla nas niezbyt dobrze zakończyć. Rozglądając się za wejściem do Kościoła Pater Noster, pojawił się Arab (jest to już wschodnia część Jerozolimy, gdzie rządzą muzułmanie), który zapytał, gdzie chcemy iść, wskazał nam drogę i bezwiednie poszliśmy właśnie w tym kierunku. W tym miejscu nie było za bardzo ludzi takich jak my, raczej sami lokalni. Idąc w górę uliczką, która zaczęła się zwężać i oddalać od głównej ulicy. Wojtek się odwrócił i okazało się, że facet idzie za nami. Wojtek raz jeszcze uważniej spojrzał na mapę i od razu się zorientował, że facet pokierował nas w zupełnie przeciwnym kierunku. Zareagowaliśmy szybko. Chciał nas jeszcze przekonywać, na całe szczęście nic się nie stało. Udało nam się wrócić. Jednak sytuacja pokazała, że naprawdę trzeba mieć cały czas ograniczone zaufanie do obcych.
Z Góry Oliwnej roztacza się przecudowny widok na stara Jerozolimę z dumnie wyróżniająca się złotą kopułą na Wzgórzu Świątynnym
Za mury wróciliśmy już swobodnie, a po tłumach jedynym śladem były śmieci. Na tym etapie, zaraz przy Bramie Lwa/Szczepana rozpoczyna się droga krzyżowa, a więc Via Dolorosa. Tak, jak czytaliśmy stacje są albo poukrywane, albo w takich miejscach, że ma się wrażenie, że obecne profanum w postaci straganów i towaru tłamsi sacrum, które gdzieś tam powinno być obecne.
Widok z Góry Oliwnej
Nie przeszliśmy całej drogi krzyżowej, zatrzymaliśmy się jedynie przy kilku stacjach. Ostatecznie uznaliśmy, że byłoby to trochę sztuką dla sztuki pozbawioną większego sensu. Brak szans na jakiekolwiek skupienie czy modlitwę. Może gdybyśmy byli z pielgrzymką mielibyśmy szansę przeżyć coś bardziej mistycznego.
Wieczorem wybraliśmy się do dzielnicy ultraortodoksyjnych Żydów (Mea She’arim), a że już tego dnia w piątek po zachodzie słońca nastał szabat, było to bardzo ciekawe doświadczenie. Zanim jeszcze tam doszliśmy, wiedzieliśmy, że ulice opustoszały: auta nie jeździły, pojedynczy ludzie pojawiali się tylko co jakiś czas, wszystkie restauracje były pozamykane. Wchodząc do części ortodoksyjnej mieliśmy okazję spotkać Żydów w tradycyjnych strojach, w większej liczbie niż w innych miejscach Jerozolimy. Przechodząc pod oknami słyszeliśmy rozmowy, śpiewy i czuliśmy różne zapachy domowego jedzenia. Jak ktoś był, to wie, że w szabat ma się ograniczone możliwości, np. mała szansa, że się coś zje na mieście lub znajdzie otwarty sklep, a w naszym wypadku pozostawienie samochodu na parkingu wiązało się z tym, że dopiero w sobotę jak już skończyła się noc można było z niego wyjechać. Żydzi w szabat nie pracują i nie używają urządzeń mechanicznych.

Dzień 4, 30 stycznia 2016, Jerozolima-Masada-Ein Bokek–Ein Gedi-Jerozolima

Nad Morzem Martwym
Tego dna wyjechaliśmy samochodem poza miasto. Trzeba było przejechać częściowo przez Autonomię Palestyńską. Po drodze były posterunki możliwej kontroli, jednak nas nie kontrolowano. W jednym miejscu była postawiona barierka i zaraz po zatrzymaniu i wymianie uśmiechów z wojskowym, barierka została przesunięta i bez jakichkolwiek pytań przejechaliśmy dalej.
Droga do Masady, do której zmierzaliśmy była bardzo interesująca. Wokół nie było prawie żadnych zabudowań, jechaliśmy drogą pomiędzy wzgórzami, które tworzyły piaski i kamienie o kolorze rdzy – była to Pustynia Judzka. W pewnym momencie ukazał nam się błękit Morza Martwego, a więc morza, w którym jest ogromne zasolenie, średnio ok. 26% oraz które jednocześnie jest najniższym punktem na ziemi 422m poniżej poziomu morza. Byliśmy już w Dolinie Śmierci w USA, a teraz udało nam się być w nad Morzem Martwym.
Kolejka na Masadę
Do Masady dotarliśmy i żeby dostać się na górę pojechaliśmy kolejką (koszt ok. 70 NIS). Można wejść pieszo, jest dużo taniej (ok 30 NIS), jednak nie mieliśmy czasu na trekking więc skorzystaliśmy z kolejki. Masada to starożytna twierdza wybudowana przez króla Heroda, jeszcze przed erą Chrystusa, która znajduje się na płaskowyżu (ok 400 m n.p.m). Ma kształt rombu. Jest to bardzo ważne miejsce dla Żydów. Symbolizuje opór stawiany do końca, gdyż w roku 66 n.e. w czasie wojny żydowskiej Masadę zajęli Zeloci, czyli odłam ortodoksyjnych Żydów, którzy przez prawie 7 lat stawiali opór Rzymianom. Gdy już nie było szans na odparcie wroga Żydzi postanowili nie poddawać się i zabili najpierw kobiety i dzieci, a następnie popełnili samobójstwo. W tym miejscu żołnierze Żydowscy składają przysięgę wojskową (lub przy Ścianie Płaczu). Z tego względu to miejsce jest uważane jako jedno z najważniejszych dla Żydów.
Morze Martwe
Po Masadzie mieliśmy w planie kąpiel w Morzu Martwym oraz trekking w Ein Gedi. Udało nam się zrealizować tylko pierwszy punkt, ponieważ miejsce, z którego miał ruszać trekking było otwarte zimą tylko do 15;00, a więc zabrakło nam kilkunastu minut, żeby zdążyć. Za to kąpiel w Morzu Martwym było niesamowita frajdą, niepowtarzalne uczucie. Można naprawdę unosić się na wodzie, mając ręce i nogi w górze i nic się nie dzieje. Nie ma szans, żeby zanurzyć się całkowicie. Radocha była wyjątkowa szczególnie, że dzień wcześniej w Jerozolimie bardzo wymarzliśmy i chodziliśmy w czapkach i rękawiczkach, a następnego dnia podczas kąpieli temperatura w Ein Bokek wynosiła 18 stopni, a więc miła odmiana.

W drodze powrotnej chcieliśmy jeszcze podjechać w miejsce chrztu nad rzekę Jordan (na wysokości Jerycha), jednak w pewnym momencie droga została zagrodzona wysokim płotem z napisem teren wojskowy, wstęp wzbroniony. Dziwna sprawa, biorąc pod uwagę ogromny znak kierujący w te miejsce z głównej drogi.
Wieczorem już w Jerozolimie poszliśmy na kolację do restauracji żydowskiej. Było bardzo sympatycznie i smacznie, jedynym zaskoczeniem był chłopak ubrany tak, jak my z zawieszonym karabinem na szyi. Siedział sobie przed restauracja i popijał piwo. Kelnerka powiedziała, że od ostatnich ataków wolą jeszcze bardziej dbać o bezpieczeństwo.
To, że w Jerozolimie na każdym roku stoi uzbrojone wojsko lub policja wiedzieliśmy i jakoś specjalnie nas to nie dziwiło, jednak ten chłopak z bronią w restauracji sprawił, że poczuliśmy, że nie jest to bezpieczny kraj.

Dzień 5, 31 stycznia 2016, Jerozolima-Betlejem-Tel-Aviv

Najniżiej położone miejsce na Ziemi
Tego dnia znów mieliśmy bardzo wczesna pobudkę, bo postanowiliśmy pójść na mszę przy samym Grobie Pańskim już na 5 rano! Wiem straszna pora, ale naprawdę było warto. Jerozolima cicha i spokojna, poranny spacer jeszcze przed świtem, takie właśnie rzeczy się pamięta z podróży. Sama msza była przeżyciem wyjątkowym, bo można było poczuć wyjątkowość tego, że przy samym grobie pańskim nasza czwórka, ksiądz i jeszcze 3 inne osoby są obecne podczas mszy. Msza była odprawiana po włosku, a Franciszkanin, który ją odprawiał był Polakiem.
O mszy dowiedzieliśmy się od Franciszkanina z Ghany, który, że tak powiem, dał nam cynk 2 dni wcześniej. Rzecz jest o tyle wyjątkowa, że wewnątrz kaplicy może wejść chyba nie więcej niż 10-12 osób i jest tylko odprawiana raz w każdą niedzielę. Niesamowite przeżycie.
Bazylika o tej porze była prawie pusta. Po mszy raz jeszcze przeszliśmy do miejsc,  w których byliśmy, lub tych, których wcześniej nie odkryliśmy. Mimo posiadania przewodnika, wydruków z różnych blogów, postanowiliśmy odświeżyć sobie Cejrowskiego. Do późnych godzin wieczór wcześniej oglądaliśmy ponownie odcinki Cejrowskiego i dzięki temu mieliśmy szansę trafić tam, gdzie byśmy nie trafili, np. do kaplic mnichów Etiopskich.
Po mszy, modlitwie i włóczeniu się wróciliśmy do mieszkania, żeby zjeść śniadanie i się spakować. Ok. 9:30 po opuszczeniu mieszkania i zostawieniu rzeczy w samochodzie, dotarliśmy na Wzgórze Świątynne (biblijne wzgórze Moria), a więc na ogromny plac, gdzie znajduje się  Kopuła na Skale i meczet Al-Aksa. Tutaj był już świat muzułmański. Powierzchnia placu, Złota Kopuła i meczet z zewnątrz robią wrażenie i wzbudzają podziw, szczególnie w zestawieniu ze skromnością bazyliki Grobu Pańskiego i wąskimi uliczkami starej Jerozolimy. Miejsce to jest ważne dla Muzułmanów, gdyż wierzą oni, że ze skały gdzie znajduje się złota kopuła, Mahomet na swoim rumaku wstąpił do nieba. Dla Żydów, jest to z kolei ważne miejsce, gdyż wierzą oni, że na tej samej skale Abraham miał ofiarować Bogu swego syna Izaaka w ofierze. No i oczywiście na wzgórzu znajdowała się Świątynia, której wyburzenie opłakują Żydzi pod Murem Zachodnim, czyli Ścianą Płaczu.
Kopuła na Skale na Wzgórzu Świątynnym
Do meczetu nie mogliśmy wejść jako nie-muzułmanie, a więc po zrobieniu kilku fotek opuściliśmy to miejsce, żeby przemaszerować jeszcze dzielnicą żydowską. Zanim tam dotarliśmy włóczyliśmy się między straganami dzielnicy arabskiej, ponownie zatrzymując się przy kilku stacjach drogi krzyżowej.
Ponieważ tego samego dnia wieczorem mieliśmy lot z Tel-Avivu musieliśmy opuścić Jerozolimę, żeby zdążyć jeszcze odwiedzić miasto Betlejem oddalone od Jerozolimy o ok. 10 km, znajdujące się w Autonomii Palestyńskiej. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że nie powinniśmy wjeżdżać tam wypożyczonym samochodem, ponieważ wypożyczalnia się na to nie zgadza, a gdyby coś się stało z samochodem właśnie tam ubezpieczenie niczego by nie pokryło. Jednak po dobrych doświadczeniach z soboty uznaliśmy, że zaryzykujemy i pojedziemy.
Częsty widok na ulicach Jerozolimy
Na granicy owszem musieliśmy się zatrzymać, ale wystarczyło, że powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski, nawet nie chcieli oglądać naszych paszportów. Miejsce parkingowe mieliśmy już wcześniej obrane, a mianowicie w podziemnym parkingu hotelu Manger Square Hotel: było bezpiecznie i za darmo o dziwo!
Bazylika Narodzenia Pańskiego była naszym celem w Betlejem i tu znów poczucie, że ktoś nie dba, że nie jest to nic majestatycznego.  Plac przed głównym wejściem zastawiony był gęsto samochodami, a z głośników dobywały się dźwięki muzyki. Główne wejście do Bazyliki to malutkie drzwi, którymi przejdzie jedna osoba. Trzeba się jednak porządnie schylić, aby nie uderzyć głową w mur. Drzwi zostały pomniejszone do obecnych rozmiarów, aby najeźdźcy w czasach średniowiecznych nie mogli wjeżdżać do kościoła konno, aby go obrabować. Sama bazylika w środku jest dosyć zaniedbana (akurat jak my byliśmy trwały jakieś prace remontowe), a Grota Narodzenia Pańskiego (znajdująca się pod ołtarzem) jest niewielka. W sezonie trzeba podobno szybko się uwijać, aby ‘zaliczyć’ to miejsce, my jednak mieliśmy pełną swobodę i mogliśmy tam spędzić kilka chwil.
Zaraz obok bazyliki znajduje się kościół św. Katarzyny (skąd w Boże Narodzenie jest transmitowana msza), weszliśmy do środka, tam odprawiano msze niedzielną. Było to dla nas nowym doświadczeniem, ponieważ msza była odprawiana po arabsku.
Bardzo ciekawe było przejście się przez targowisko Betlejem, gdzie wszyscy byli bardzo serdeczni dla nas i otwarci. Tam nie spotkaliśmy już żadnych turystów. Najlepszy był Sami, u którego wypiliśmy herbatę miętową z cynamonem, cytryną, imbirem i kardamonem. Po raz pierwszy piłam coś tak pysznego. Jednak niektórzy, gdyby zobaczyli warunki, w jakich herbata była sporządzana mogliby grzecznie podziękować. Trzeba nadmienić, że ceny w Betlejem znacznie odbiegają od tych w Izraelu – mniej więcej wszystko było połowę taniej.
Ortodoksyjny Żyd pod współczesną ścianą płaczu 
Po opuszczeniu Betlejem pojechaliśmy jeszcze do Ein Karem, czyli wioski biblijnej znajdującej się obecnie w obszarze Jerozolimy. Tam w kościele Jana Chrzciciela (podobno jest to miejsce jego narodzin) spotkaliśmy pielgrzymkę księży z Polski, którzy jak się okazało wracali wieczorem tym samym samolotem, co my. Mama Wojtka dość dużo z nimi pogadała, a w kolejnym kościele św. Elżbiety odprawili mszę, którą jednak w trakcie opuściliśmy, bo musieliśmy jechać na lotnisko, biorąc pod uwagę, że trzeba było jeszcze gdzieś zatankować, odstawić samochód i mieć jeszcze zapas czasowy na ewentualne przepytywania i kontrole na lotnisku. Dzisiaj Ein Karem jest miejscem wypoczynkowym dla Żydów, które swoim spokojem przyciąga artystów i rzemieślników. Warto tam podjechać, aby się przespacerować wśród okolicznych wzgórz.
Na lotnisku wszystko poszło sprawnie. Kontrola była dłuższa niż normalnie, bo od razu na początku zadali nam pytania, czy jesteśmy rodziną i czy ktoś czegoś nam nie podarował, żeby to przewieźć. I w zasadzie na tym się skończyło, a potem już była kontrola bagażu, która była jeszcze słabsza niż na innych lotniskach, nie kazali wyciągać urządzeń elektronicznych, kosmetyków, czy zdejmować zegarka, paska itp.
Tak więc nasze doświadczenia z kontrolą na lotnisku w Izraelu zarówno po przylocie, jak i przed wylotem są bardzo pozytywne i nie spotkało nas nic nieprzyjemnego. Przypuszczamy, że pewnie wpłynął na to fakt, że podróżowaliśmy jako rodzina.
Betlejem - herbatka u Samiego
Przy wylocie należy też wziąć zapas czasowy na przejazd z terminalu 1, gdzie była kontrola bezpieczeństwa na terminal 3, z którego się odlatuje (przynajmniej Wizzairem). Autobus jedzie dobrych kilka kilometrów.
Podsumowując, miejsce do którego dotarliśmy uznajemy za wyjątkowe i warte odwiedzenia. Te 4 dni były wypełnione wrażeniami, które wywołane były mieszanką kultur, religii, zwyczajów. Niesamowite jest to, że w 3,5h lotu z Katowic można znaleźć się w tak ciekawym miejscu.
Do wyjazdu w to miejsce warto się przygotować. Warto poczytać różne źródła i wiedzieć historycznie, co z czego wynika. Bez przygotowania trudno byłoby pewne sytuacje, miejsca zrozumieć lub zauważyć. Trzeba też wiedzieć, że generalnie Izrael nie jest tani, a wręcz jest drogi. Jednak przy odpowiednim planowaniu (np. podróż poza sezonem) i zachowaniem zdrowego rozsądku na miejscu da się tutaj przeżyć za całkiem znośne pieniądze. To tyle z naszej strony. Był to nasz pierwszy wpis z tak krótkiego wyjazdu i kto wie, może nie ostatni. 

·         Przykładowe ceny:
o   Shoarma Tel Aviv - 38 NIS
o   Kawa Tel Aviv - 15 NIS
o   Mamilla Parking Jerozolima - 48NIS/24h
o   Coca Cola 1,5l sklep – 10NIS
o   Piwo makret – 6 NIS
o   Danie główne w restauracji Jerozolima – ok. 70 NIS
o   Wjazd na Masadę – 70 NIS
o   1 litr benzyny – ok. 6 NIS
o   Falafele Jerozolima – ok. 15 NIS
o   Sahlap Jerozolima – ok. 10 NIS

·     

 












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz